Rozdział 9
Ten rozdział pokazuje na czym opierać się będzie fabuła. :) Zapraszam.
Zanim to przeczytacie, chciałabym się z Wami przywitać. :) Mam nadzieję, że nie gniewacie się, że długo nie dodawałam rozdziałów. Ale wracam w długaśnym . ;D Przynajmniej tak mi się wydaje, że jest długi, ale to już sami oceńcie. Nie będę się rozpisywać, ale jeszcze raz bardzo chciałam Wam podziękować! Bo ilość odwiedzin przeszła 1000 ! Kocham Was ! <3 Dziękuję wszystkim :** I miłego czytania.:)
_________________________________________________
-Marcus… - powiedziała rozmarzonym tonem.
To imię odbiło się echem w mojej podświadomości. Potrzebowałam kilku minut, żeby wrócić do świata żywych.
-C… - wyszeptałam.
Nie mogłam z siebie nic wykrztusić. Oddychałam nienaturalnie szybko. Po chwili odzyskałam mowę.
-Co?! – tym razem krzyknęłam.
Rose wpatrywała się we mnie wielkimi brązowymi oczami.
-O co ci chodzi?
Tętno trochę mi zwolniło. Przynajmniej do tego stopnia, żeby móc udawać spokojną.
-O nic. O prostu… ma fajne imię – uśmiechnęłam się nerwowo.
Przez chwilę patrzyła na mnie podejrzanie, ale zaraz się rozluźniła.
-Nie łódź się – wzruszyła ramionami- Jest dla ciebie za stary.
-Ile ma lat?
-Trzydzieści jeden.
-Jest jakieś pięć lat starszy od ciebie.
-W miłości wiek się nie liczy.
-Miłości?
-Tak.
-Znacie się jakieś dwie godziny.
-To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Westchnęłam nerwowo. Nadal byłam przerażona tym, że ciotka spotyka się z niebezpiecznym chłopakiem, a raczej mężczyzną. Ma w końcu trzydzieści jeden lat. W lesie wyglądał tak młodo… Odepchnęłam od siebie tą myśl. Nie mogłam pozwolić sobie na to. Byłam pewna, że spanikuję. Nagle w mojej kieszeni zaczął wibrować telefon.
-Tak?
-Nathalie? Cześć, tu Elizabeth. Masz może ochotę na… spotkanie? Wiem, że mówiłaś, że nie, ale pomyślałam, że może chcesz się rozerwać, albo…
-Jakie spotkanie? – przerwałam jej.
-Victor organizuje grilla i wszystkich zaprosił.
-Victor?
-No wiesz, chłopak Margaret.
-Tak…
-Więc jak? – zapytała z nadzieją.
-Ni mam teraz na nic ochoty, ani nastroju. Przykro mi. Bawcie się dobrze. Pa.
-Pa… - westchnęła.
Rozłączyłam się i wstałam.
-Idę do siebie.
-Już? Myślałam, że obejrzymy jakiś film…
-Muszę rano wstać. – przerwałam jej – Dobranoc.
-Dobranoc.
Poszłam na górę, od razu do łazienki. Podeszłam do umywalki i obmyłam twarz. Wyprostowałam się i mimowolnie krzyknęłam. Czułam się jak w lesie, a może nawet gorzej. Za mną stał wysoki mężczyzna, ale to nie był Marcus. Ten miał dłuższe włosy. Sięgały mu d0o końca ucha, a kolorem przypominały mleczną czekoladę. Odwróciłam się, ale nikt za mną nie stał. Usłyszałam pukanie i aż podskoczyłam.
-Kto tam? – zapytałam przerażona.
Zauważyłam otwarte okno, które wcześniej było zamknięte i powiewającą przed nim firankę.
-To ja, Finn. Wszystko w porządku?
Słysząc znajomy głos trochę się uspokoiłam.
-Tak – otworzyłam mu drzwi – zobaczyłam… pająka.
-Pewnie wszedł przez otarte okno – podszedł i je zamknął.
-Dzięki.
-Nie ma za co, tylko się pospiesz.
-Ok.
Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Podeszłam do lustra i westchnęłam. Pochyliłam się nad umywalką i wpatrywałam się w nią, licząc na to, że biały kolor mnie uspokoi. Przypomniałam sobie co się przed chwilą stało i szybko podniosłam wzrok. Na szczęście nikogo za mną nie było. Odetchnęłam z ulgą. Wzięłam prysznic i umyłam ręce. Wytarłam je ręcznikiem i spojrzałam w lustro. Krzyknęłabym, ale nie pozwalała mi na to ręka zaciśnięta na moich ustach. Druga natomiast uniemożliwiała jakikolwiek ruch trzymając mnie w talii. Za mną znowu stał mężczyzna. Ten sam, co piętnaście minut temu. Wpatrywałam się w jego odbicie w lustrze. Moją uwagę przykuły wielkie, niebieskie oczy. Jednak unikałam kontaktu wzrokowego. Wiedziałam, że mógłby próbować takich samych sztuczek, co Marcus.
-Lepiej będzie, jeśli nie będziesz krzyczeć – powiedział cicho i spokojnie.
Zdjął rękę z mojej twarzy. Posłuchałam go, bo byłam sparaliżowana strachem. Narastał we mnie, ale tylko dodał mi odwagi.
-Czego ode mnie chcesz? – zapytałam pogardliwie i zaczęłam się wiercić, ale jego dłoń zaciśnięta w mojej talii nie pozwalała mi się ruszyć nawet o milimetr.
-Spokojnie – wyszeptał mi do ucha – przybywam w pokoju, więc nie jestem twoim wrogiem. Jesteś taka, jak ja, dlatego do ciebie przyszedłem. Po ciebie – poprawił się i uśmiechnął łobuzersko – Chodź ze mną. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni.
-Tak. Już to gdzieś słyszałam – wykrztusiłam ze złością.
-Co?! – zapytał z wyraźnym niezadowoleniem.
-Zaraz dasz mi wizytówkę i powiesz „Przemyśl to”, prawda? – zapytałam z udawaną radością.
-Czyli ktoś już u ciebie był…
-Tak, Marcus.
Poczułam, że nie powinnam była tego mówić. Cały aż pozieleniał ze złości. Sięgnął d o kieszeni kurtki.
-Taką wizytówkę?
-Tak, ale imię się nie zgadza. Na tej jest napisane Victor…
Już wiedziałam skąd go znam! Margaret go opisywała.
-…Zaraz. Czy to nie ty jesteś chłopakiem Margaret?!
-We własnej osobie – wyraźnie cieszył się, że złoszczę się na niego, bo spróbował się uśmiechnąć, ale przez jego własne zdenerwowanie wyszedł mu grymas.
-Ty bydlaku! Jak mogłeś? Wykorzystałeś ją, żeby mnie dopaść?!
-W pewnym sensie… tak.
-I tak nigdzie z tobą nie pójdę – syknęłam.
M Znowu zaczęłam się wiercić, chociaż wiedziałam, że to zbyteczne.
-Twoja strata. Będzie za późno jak przyjdę inni.
-Jacy inni? – byłam zdezorientowana i przestałam się wiercić.
-Czarnoksiężnik i człowiek.
-Co?! – nie wierzyłam własnym uszom.
-Są cztery rasy, które walczą ze sobą od tysięcy lat: wilkołaki, wampiry, czarnoksiężnicy i ludzie. Przyjdą po ciebie. Jak nie dziś, to jutro.
-Po co?
-Żebyś wybrała.
-Co wybrała? – nic już nie rozumiałam.
-Kim chcesz być.
-Jak to? Chcę być człowiekiem! Jestem nim!
-I w tym problem.
-Jaki problem?
-Jeśli wybierzesz człowieka, umrzesz.
-Ale ja jestem człowiekiem! Po co miałabym wybierać? Nie muszę. I tak wybrałabym człowieka. To przecież logiczne. Nie będę nic wybierać pozostanę człowiekiem.
-To tak nie działa.
-A niby jak?
-I tak umrzesz za tydzień. Przeznaczenie daje ci prawo wyboru. Podczas najbliższej pełni po siedemnastych urodzinach, ludzie posiadający właściwy gen przechodzą przemianę. Siedem dni przed pełnią odczuwają to, co będzie towarzyszyło wam podczas przemiany, ale w bardzo małym stopniu.
-Czyli to dlatego miałam te bóle głowy? To przez to?
-Najprawdopodobniej tak.
-Co to za odpowiedni gen?
-Jest przekazywany genetycznie. Można go dostać przez rodziców, czy dziadków. Więź między takimi dziećmi, a ich rodzicami jest jeszcze silniejsza. Niż w zwykłej rodzinie.
-Czyli za tydzień jest pełnia?
-Tak.
-Wtedy jest też „Noc pełni”.
-Co to takiego?
-Impreza organizowana co miesiąc. Bardzo tam wszystko skomplikowane.
-A. No tak, zapomniałem. Zawsze co miesiąc organizowana jest impreza, żeby zagłuszyć… niektóre odgłosy.
-Jakie odgłosy? – przeraziłam się.
-Różne. Nieważne, wrócimy do tego później.
-Ale to bezsensu. Zero korzyści.
-Są korzyści. Same korzyści, jeśli tylko wybierzesz wampiryzm.
-Dlaczego? A… inni?
-W przypadku wilkołaka, bolesne przemiany, i całe życie, jeśli można to tak nazwać, spędzone w lesie. Jeśli wybrałabyś czarnoksiężnika, byłabyś więźniem króla i musiała ciągle się ukrywać. A człowiek równa się śmierć.
Głośno przełknęłam ślinę.
-Dlatego teraz pójdziesz ze mną, bo to dla ciebie najlepsze rozwiązanie.
-Nie! Nigdzie z tobą nie pójdę!
-Przemyśl to – powiedział i wsunął mi do kieszeni coś małego.
Zniknął, z firanka znowu powiewała na wietrze. Stałam przed otwartym oknem i cisnęłam jego wizytówkę na ziemię.
-W wsadźcie sobie te wszystkie wizytówki! – krzyknęłam i zacisnęłam ręce w pięści.
Wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżku. Jeszcze chwilę temu byłam wkurzona, ale teraz jestem przerażona. Powoli docierało do mnie, co się dzieje. Długo nie mogłam zasnąć, spałam dwie, trzy godziny.
Kiedy się obudziłam była piąta trzydzieści. Akurat przed budzikiem. Wyłączyłam go, żeby nie obudził ciotki. Czułam się jeszcze gorzej, niż wczoraj. Usiadłam i zaczęłam głęboko oddychać. Wstałam i podeszłam do okna, żeby je otworzyć. Nagle w mojej głowie ukazały się obrazy z wczorajszego dnia i od razu przystanęłam. Zrezygnowałam z wpuszczenia Świerzego powietrza. Aby byś pewną, że tego nie zrobię, cofnęłam się o kilka kroków. Tętno znowu mi przyspieszyło, ale nie ze strachu, lecz bardziej ze złości, na samą myśl, że zaraz miałby wejść, wlecieć, czy w jakiś inny sposób się tu pojawić, mężczyzna, niekoniecznie żywy i wciskać mi głupie wizytówki! Krzyczałam do siebie w myślach. Postanowiłam iść do łazienki. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam otworzyć drzwi. Zwinęłam ręce w pięści i starałam się uspokoić. Znów zacisnęłam dłoń na klamce. Nareszcie wyszłam na korytarz. Przeszłam obok pokoju Finna i weszłam do łazienki. Umyłam się w ogóle nie patrząc w lustro. Wróciłam do pokoju, żeby się ubrać. Później zeszłam do kuchni i wstawiłam wodę na herbatę. Przygotowałam kanapki i wróciłam do pokoju po torbę. Zeszłam z powrotem do kuchni i zalałam szklankę wrzątkiem. Nie miałam na nic ochoty. Wątpiłam, czy w ogóle uda mi się cokolwiek przełknąć. Stawiając szklankę na stole zauważyłam listę zakupów. Rose chodziła po zakupy co trzy dni. Teraz miała pretekst, żeby chodzić tam codziennie. Zaraz… Jak mogłam choć przez chwilę myśleć o Marcusie jako o czymś dobrym? Przecież to…
-Wilkołak… - wyszeptałam.
Muszę coś zrobić, żeby uchronić przed nim ciotkę. Nie pozwolę jej zranić. Spojrzałam na zegarek. Było późno, więc wyszłam z domu, żeby się nie spóźnić. Stanęłam przed nim na chwilę myśląc. Po chwili zdecydowałam, że pójdę bardziej zaludnioną drogą. Nie chciałam znowu paść ofiarą głupich wizytówek. Pomimo tego, że po obu stronach drogi stały domy, wszędzie było cicho i pustko. Przyspieszyłam kroku. Przed wejściem do szkoły spotkałam Elizabeth z jakimś blondynem. Otaczała ich grupka znajomych, którzy mieli zdziwione, podekscytowane i zachwycone wyrazy twarzy. Przecisnęłam się do przyjaciółki i odciągnęłam ją na bok, daleko od nich wszystkich.
-Kto to jest? – zapytałam wskazując na blondyna.
-Mój nowy chłopak – powiedziała z dumą.
-Jak to? Wczoraj go jeszcze nie miałaś…
-No wiem, tak jakoś wyszło…
-Jakoś?
-Poznałam go wczoraj u Victora.
Nie zdążyłam o nic więcej zapytać, bo blondyn podszedł do nas.
-Cześć, jestem Olivier – wyciągnął do mnie prawą dłoń.
-Nathalie – uścisnęłam ją.
-No powiedz jej – zachęcała go Elizabeth.
-Co? – zapytał z udawanym zdezorientowaniem.
-Przecież wiesz co. Nie bądź taki skromny. Olivier umie czarować – oznajmiła z zachwytem Elizabeth.
-Co?! Znaczy, naprawdę? – poprawiłam się szybko i spoglądałam to na nią, to na niego.
-Tak, naprawdę. Pokaż jej – zachęcała Elizabeth.
Blondyn westchnął i sięgnął rękę za plecy, a gdy wysunął ją z powrotem, trzymał w niej piękną, czerwoną różę. Była żywa, a jej intensywny zapach dotarł od razu do moich nozdrzy.
-Ha! – wyrwało mi się ciche westchnienie.
Nagle wszystko zaczęło układać się w mojej głowie.
-Zaraz wracam – oznajmiła Elizabeth i oddaliła się, bo ktoś ją wołał. Kiedy była na tyle daleko, żeby nie móc usłyszeć naszej rozmowy, Oliver stał się poważny.
____________________________________
Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, że się podobał. Proszę - zostawiajcie wszystkie swoje odczucia w komentazrach. To dla mnie bardzo ważne.
Dziękuję i pozdrawiam.
just-love-me
Zanim to przeczytacie, chciałabym się z Wami przywitać. :) Mam nadzieję, że nie gniewacie się, że długo nie dodawałam rozdziałów. Ale wracam w długaśnym . ;D Przynajmniej tak mi się wydaje, że jest długi, ale to już sami oceńcie. Nie będę się rozpisywać, ale jeszcze raz bardzo chciałam Wam podziękować! Bo ilość odwiedzin przeszła 1000 ! Kocham Was ! <3 Dziękuję wszystkim :** I miłego czytania.:)
_________________________________________________
-Marcus… - powiedziała rozmarzonym tonem.
To imię odbiło się echem w mojej podświadomości. Potrzebowałam kilku minut, żeby wrócić do świata żywych.
-C… - wyszeptałam.
Nie mogłam z siebie nic wykrztusić. Oddychałam nienaturalnie szybko. Po chwili odzyskałam mowę.
-Co?! – tym razem krzyknęłam.
Rose wpatrywała się we mnie wielkimi brązowymi oczami.
-O co ci chodzi?
Tętno trochę mi zwolniło. Przynajmniej do tego stopnia, żeby móc udawać spokojną.
-O nic. O prostu… ma fajne imię – uśmiechnęłam się nerwowo.
Przez chwilę patrzyła na mnie podejrzanie, ale zaraz się rozluźniła.
-Nie łódź się – wzruszyła ramionami- Jest dla ciebie za stary.
-Ile ma lat?
-Trzydzieści jeden.
-Jest jakieś pięć lat starszy od ciebie.
-W miłości wiek się nie liczy.
-Miłości?
-Tak.
-Znacie się jakieś dwie godziny.
-To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Westchnęłam nerwowo. Nadal byłam przerażona tym, że ciotka spotyka się z niebezpiecznym chłopakiem, a raczej mężczyzną. Ma w końcu trzydzieści jeden lat. W lesie wyglądał tak młodo… Odepchnęłam od siebie tą myśl. Nie mogłam pozwolić sobie na to. Byłam pewna, że spanikuję. Nagle w mojej kieszeni zaczął wibrować telefon.
-Tak?
-Nathalie? Cześć, tu Elizabeth. Masz może ochotę na… spotkanie? Wiem, że mówiłaś, że nie, ale pomyślałam, że może chcesz się rozerwać, albo…
-Jakie spotkanie? – przerwałam jej.
-Victor organizuje grilla i wszystkich zaprosił.
-Victor?
-No wiesz, chłopak Margaret.
-Tak…
-Więc jak? – zapytała z nadzieją.
-Ni mam teraz na nic ochoty, ani nastroju. Przykro mi. Bawcie się dobrze. Pa.
-Pa… - westchnęła.
Rozłączyłam się i wstałam.
-Idę do siebie.
-Już? Myślałam, że obejrzymy jakiś film…
-Muszę rano wstać. – przerwałam jej – Dobranoc.
-Dobranoc.
Poszłam na górę, od razu do łazienki. Podeszłam do umywalki i obmyłam twarz. Wyprostowałam się i mimowolnie krzyknęłam. Czułam się jak w lesie, a może nawet gorzej. Za mną stał wysoki mężczyzna, ale to nie był Marcus. Ten miał dłuższe włosy. Sięgały mu d0o końca ucha, a kolorem przypominały mleczną czekoladę. Odwróciłam się, ale nikt za mną nie stał. Usłyszałam pukanie i aż podskoczyłam.
-Kto tam? – zapytałam przerażona.
Zauważyłam otwarte okno, które wcześniej było zamknięte i powiewającą przed nim firankę.
-To ja, Finn. Wszystko w porządku?
Słysząc znajomy głos trochę się uspokoiłam.
-Tak – otworzyłam mu drzwi – zobaczyłam… pająka.
-Pewnie wszedł przez otarte okno – podszedł i je zamknął.
-Dzięki.
-Nie ma za co, tylko się pospiesz.
-Ok.
Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Podeszłam do lustra i westchnęłam. Pochyliłam się nad umywalką i wpatrywałam się w nią, licząc na to, że biały kolor mnie uspokoi. Przypomniałam sobie co się przed chwilą stało i szybko podniosłam wzrok. Na szczęście nikogo za mną nie było. Odetchnęłam z ulgą. Wzięłam prysznic i umyłam ręce. Wytarłam je ręcznikiem i spojrzałam w lustro. Krzyknęłabym, ale nie pozwalała mi na to ręka zaciśnięta na moich ustach. Druga natomiast uniemożliwiała jakikolwiek ruch trzymając mnie w talii. Za mną znowu stał mężczyzna. Ten sam, co piętnaście minut temu. Wpatrywałam się w jego odbicie w lustrze. Moją uwagę przykuły wielkie, niebieskie oczy. Jednak unikałam kontaktu wzrokowego. Wiedziałam, że mógłby próbować takich samych sztuczek, co Marcus.
-Lepiej będzie, jeśli nie będziesz krzyczeć – powiedział cicho i spokojnie.
Zdjął rękę z mojej twarzy. Posłuchałam go, bo byłam sparaliżowana strachem. Narastał we mnie, ale tylko dodał mi odwagi.
-Czego ode mnie chcesz? – zapytałam pogardliwie i zaczęłam się wiercić, ale jego dłoń zaciśnięta w mojej talii nie pozwalała mi się ruszyć nawet o milimetr.
-Spokojnie – wyszeptał mi do ucha – przybywam w pokoju, więc nie jestem twoim wrogiem. Jesteś taka, jak ja, dlatego do ciebie przyszedłem. Po ciebie – poprawił się i uśmiechnął łobuzersko – Chodź ze mną. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni.
-Tak. Już to gdzieś słyszałam – wykrztusiłam ze złością.
-Co?! – zapytał z wyraźnym niezadowoleniem.
-Zaraz dasz mi wizytówkę i powiesz „Przemyśl to”, prawda? – zapytałam z udawaną radością.
-Czyli ktoś już u ciebie był…
-Tak, Marcus.
Poczułam, że nie powinnam była tego mówić. Cały aż pozieleniał ze złości. Sięgnął d o kieszeni kurtki.
-Taką wizytówkę?
-Tak, ale imię się nie zgadza. Na tej jest napisane Victor…
Już wiedziałam skąd go znam! Margaret go opisywała.
-…Zaraz. Czy to nie ty jesteś chłopakiem Margaret?!
-We własnej osobie – wyraźnie cieszył się, że złoszczę się na niego, bo spróbował się uśmiechnąć, ale przez jego własne zdenerwowanie wyszedł mu grymas.
-Ty bydlaku! Jak mogłeś? Wykorzystałeś ją, żeby mnie dopaść?!
-W pewnym sensie… tak.
-I tak nigdzie z tobą nie pójdę – syknęłam.
M Znowu zaczęłam się wiercić, chociaż wiedziałam, że to zbyteczne.
-Twoja strata. Będzie za późno jak przyjdę inni.
-Jacy inni? – byłam zdezorientowana i przestałam się wiercić.
-Czarnoksiężnik i człowiek.
-Co?! – nie wierzyłam własnym uszom.
-Są cztery rasy, które walczą ze sobą od tysięcy lat: wilkołaki, wampiry, czarnoksiężnicy i ludzie. Przyjdą po ciebie. Jak nie dziś, to jutro.
-Po co?
-Żebyś wybrała.
-Co wybrała? – nic już nie rozumiałam.
-Kim chcesz być.
-Jak to? Chcę być człowiekiem! Jestem nim!
-I w tym problem.
-Jaki problem?
-Jeśli wybierzesz człowieka, umrzesz.
-Ale ja jestem człowiekiem! Po co miałabym wybierać? Nie muszę. I tak wybrałabym człowieka. To przecież logiczne. Nie będę nic wybierać pozostanę człowiekiem.
-To tak nie działa.
-A niby jak?
-I tak umrzesz za tydzień. Przeznaczenie daje ci prawo wyboru. Podczas najbliższej pełni po siedemnastych urodzinach, ludzie posiadający właściwy gen przechodzą przemianę. Siedem dni przed pełnią odczuwają to, co będzie towarzyszyło wam podczas przemiany, ale w bardzo małym stopniu.
-Czyli to dlatego miałam te bóle głowy? To przez to?
-Najprawdopodobniej tak.
-Co to za odpowiedni gen?
-Jest przekazywany genetycznie. Można go dostać przez rodziców, czy dziadków. Więź między takimi dziećmi, a ich rodzicami jest jeszcze silniejsza. Niż w zwykłej rodzinie.
-Czyli za tydzień jest pełnia?
-Tak.
-Wtedy jest też „Noc pełni”.
-Co to takiego?
-Impreza organizowana co miesiąc. Bardzo tam wszystko skomplikowane.
-A. No tak, zapomniałem. Zawsze co miesiąc organizowana jest impreza, żeby zagłuszyć… niektóre odgłosy.
-Jakie odgłosy? – przeraziłam się.
-Różne. Nieważne, wrócimy do tego później.
-Ale to bezsensu. Zero korzyści.
-Są korzyści. Same korzyści, jeśli tylko wybierzesz wampiryzm.
-Dlaczego? A… inni?
-W przypadku wilkołaka, bolesne przemiany, i całe życie, jeśli można to tak nazwać, spędzone w lesie. Jeśli wybrałabyś czarnoksiężnika, byłabyś więźniem króla i musiała ciągle się ukrywać. A człowiek równa się śmierć.
Głośno przełknęłam ślinę.
-Dlatego teraz pójdziesz ze mną, bo to dla ciebie najlepsze rozwiązanie.
-Nie! Nigdzie z tobą nie pójdę!
-Przemyśl to – powiedział i wsunął mi do kieszeni coś małego.
Zniknął, z firanka znowu powiewała na wietrze. Stałam przed otwartym oknem i cisnęłam jego wizytówkę na ziemię.
-W wsadźcie sobie te wszystkie wizytówki! – krzyknęłam i zacisnęłam ręce w pięści.
Wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżku. Jeszcze chwilę temu byłam wkurzona, ale teraz jestem przerażona. Powoli docierało do mnie, co się dzieje. Długo nie mogłam zasnąć, spałam dwie, trzy godziny.
Kiedy się obudziłam była piąta trzydzieści. Akurat przed budzikiem. Wyłączyłam go, żeby nie obudził ciotki. Czułam się jeszcze gorzej, niż wczoraj. Usiadłam i zaczęłam głęboko oddychać. Wstałam i podeszłam do okna, żeby je otworzyć. Nagle w mojej głowie ukazały się obrazy z wczorajszego dnia i od razu przystanęłam. Zrezygnowałam z wpuszczenia Świerzego powietrza. Aby byś pewną, że tego nie zrobię, cofnęłam się o kilka kroków. Tętno znowu mi przyspieszyło, ale nie ze strachu, lecz bardziej ze złości, na samą myśl, że zaraz miałby wejść, wlecieć, czy w jakiś inny sposób się tu pojawić, mężczyzna, niekoniecznie żywy i wciskać mi głupie wizytówki! Krzyczałam do siebie w myślach. Postanowiłam iść do łazienki. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam otworzyć drzwi. Zwinęłam ręce w pięści i starałam się uspokoić. Znów zacisnęłam dłoń na klamce. Nareszcie wyszłam na korytarz. Przeszłam obok pokoju Finna i weszłam do łazienki. Umyłam się w ogóle nie patrząc w lustro. Wróciłam do pokoju, żeby się ubrać. Później zeszłam do kuchni i wstawiłam wodę na herbatę. Przygotowałam kanapki i wróciłam do pokoju po torbę. Zeszłam z powrotem do kuchni i zalałam szklankę wrzątkiem. Nie miałam na nic ochoty. Wątpiłam, czy w ogóle uda mi się cokolwiek przełknąć. Stawiając szklankę na stole zauważyłam listę zakupów. Rose chodziła po zakupy co trzy dni. Teraz miała pretekst, żeby chodzić tam codziennie. Zaraz… Jak mogłam choć przez chwilę myśleć o Marcusie jako o czymś dobrym? Przecież to…
-Wilkołak… - wyszeptałam.
Muszę coś zrobić, żeby uchronić przed nim ciotkę. Nie pozwolę jej zranić. Spojrzałam na zegarek. Było późno, więc wyszłam z domu, żeby się nie spóźnić. Stanęłam przed nim na chwilę myśląc. Po chwili zdecydowałam, że pójdę bardziej zaludnioną drogą. Nie chciałam znowu paść ofiarą głupich wizytówek. Pomimo tego, że po obu stronach drogi stały domy, wszędzie było cicho i pustko. Przyspieszyłam kroku. Przed wejściem do szkoły spotkałam Elizabeth z jakimś blondynem. Otaczała ich grupka znajomych, którzy mieli zdziwione, podekscytowane i zachwycone wyrazy twarzy. Przecisnęłam się do przyjaciółki i odciągnęłam ją na bok, daleko od nich wszystkich.
-Kto to jest? – zapytałam wskazując na blondyna.
-Mój nowy chłopak – powiedziała z dumą.
-Jak to? Wczoraj go jeszcze nie miałaś…
-No wiem, tak jakoś wyszło…
-Jakoś?
-Poznałam go wczoraj u Victora.
Nie zdążyłam o nic więcej zapytać, bo blondyn podszedł do nas.
-Cześć, jestem Olivier – wyciągnął do mnie prawą dłoń.
-Nathalie – uścisnęłam ją.
-No powiedz jej – zachęcała go Elizabeth.
-Co? – zapytał z udawanym zdezorientowaniem.
-Przecież wiesz co. Nie bądź taki skromny. Olivier umie czarować – oznajmiła z zachwytem Elizabeth.
-Co?! Znaczy, naprawdę? – poprawiłam się szybko i spoglądałam to na nią, to na niego.
-Tak, naprawdę. Pokaż jej – zachęcała Elizabeth.
Blondyn westchnął i sięgnął rękę za plecy, a gdy wysunął ją z powrotem, trzymał w niej piękną, czerwoną różę. Była żywa, a jej intensywny zapach dotarł od razu do moich nozdrzy.
-Ha! – wyrwało mi się ciche westchnienie.
Nagle wszystko zaczęło układać się w mojej głowie.
-Zaraz wracam – oznajmiła Elizabeth i oddaliła się, bo ktoś ją wołał. Kiedy była na tyle daleko, żeby nie móc usłyszeć naszej rozmowy, Oliver stał się poważny.
____________________________________
Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, że się podobał. Proszę - zostawiajcie wszystkie swoje odczucia w komentazrach. To dla mnie bardzo ważne.
Dziękuję i pozdrawiam.
just-love-me
Tagi:
.
31.01.2012 o godz. 21:53
1.02.2012, 18:57
someday
napisał(a):
bardzo mi się podobał! Abyś dodawała kolejne wpisy częściej :33 bo już się nie mogę doczekać !!!!
1.02.2012, 11:12
something
napisał(a):
Kochana! Genialny, niezwykły, tajemniczy, boski, cudowny, wspaniały, rewelacyjny, superowy, zaj*bisty, jestem tym opowiadaniem zachwycona! Perfekcyjnie piszesz i do tego pomysły! Mam jednak nadzieję, że będzie też oprócz fantastyki jakiś romans, co? Czekam na nn!
31.01.2012, 22:18
VampireLove napisał(a):
Odjazd... Nie mogę się doczekać jaką rasę wybierze... Niech wybierze wampiry, wampiry, wampiry... proooszę... ;D


